W dalekiej galaktyce, na małej planecie, gdzie niebo było różowo-pomarańczowe, w ten spokojny dzień słychać było tylko powiew wiatru w ogródku Pana Fretki, tego prostego, schludnego, dobrze ułożonego. Gdy stało się na jego ganku, można było dostrzec kołyszące się gałęzie na wietrze, ptaki dziubiące powoli skrzydełka oraz liście brązowe, żółte, czerwone, szeleszczące i sunące delikatnie po ziemi. Babie lato pięknie komponowało się z pomarańczowo-różowym niebem.
Pan Fretka, owinięty robionym na drutach szalikiem, w skupieniu, ale z delikatnym pogwizdywaniem na ustach, grabił liście od rana. Czasami schylał się, żeby coś podnieść, innym razem pociągnął ręką po czole, żeby wytrzeć z niego pot, a raz na jakiś czas robił sobie przerwę, opierał się o grabie i obserwował otoczenie.
Gdy skończył, odłożył narzędzia do komórki, zamknął ją na kłódkę, wrócił do domu, wytarł starannie buty, zdjął je, powiesił szalik i kurtkę na wieszaku, i skierował się prosto do miękkiego fotela ustawionego przy oknie. Na stoliku już czekała na niego świeżo zaparzona przez Panią Fretkę herbata i najnowsza gazeta. Rozgościł się tam wygodnie, w ciszy i spokoju zwykłego dnia. Zupełnie się nie spodziewał, że w oddali, u jego przyjaciół domków żonkilowych, na niebie zaczęły się zbierać czarne chmury. Dosłownie w kilka minut były gęste, zwarte, zbite i jedyne co je przecinało, to jasne błyskawice. Było ich tak dużo, że oplotły małą planetkę domków żonkilowych w taki sposób, że żaden sąsiad nie widział, co się tam dzieje.
Wszystkie domki, zupełnie bez wyjątku, poczuły strach… Ten przejmujący, trzeszczący w futrynach, posadzkach i fundamentach. Otwierały okiennice szeroko i patrzyły po sobie, zupełnie nie wiedząc, co zrobić. W ich spokojnej krainie nigdy nie miało nic takiego miejsca.
I zaczęło padać…
Na początku powoli, jakby dając znak ostrzegawczy grubymi, mięsistymi kroplami. Tak jakby mówiły “jesteśmy, za chwilę zaczniemy, schowajcie się lub zabezpieczcie, jak możecie”.
Lecz domki sparaliżowało i nie były w stanie wykonać ruchu, ani wydać z siebie dźwięku. Zresztą i tak już w tym momencie nie mogły nic zrobić. Nie wiedziały też, czego się spodziewać.
I wtedy wszystko się rozszalało… zahuczało tak głośno, że aż filiżanka na odległej planecie Pana Fretki zadrżała, i chwilę później deszcz uderzył z ogromną siłą. Padał, wzbierał i gromadził się na ziemi, a towarzyszył temu wicher i świst. Gdy zebrał się już ogromny strumień, rozpędził się i zaczął płynąć – silnie, bezlitośnie, bez żadnych zahamowań. Wyrywał płoty, kwiaty, łamał drzewa i niweczył dobrze poukładany świat. Zakręcał, obijał się o ściany domków i zmieniał cały krajobraz.
Bezsilność, rozpacz i głuchy ból – tyle towarzyszyło domkom w tym trudnym momencie. Niektóre nie mogły zamknąć oczu, inne nie były w stanie przestać patrzeć. Wszystkie jednak zamarły.
Wszystko trwało godzinę, może dwie, a potem nagle ustało. Chmury zniknęły, woda jakby wyparowała, zostały tylko trudne do zniesienia uczucia i wszechobecne zniszczenia.
Sąsiedzi, którzy wcześniej byli odcięci i nie widzieli co się dzieje na małej planecie z domkami, teraz ujrzeli cały ogrom cierpienia. Przerażeni tym widokiem wezwali na alarm wszystkich, których mogli, w tym Pana Fretkę.
Cała galaktyka przybyła z pomocą – miotłami, zapasami, farbami, dobrym słowem, z chęcią pomocy i czułym, pełnym współczucia, spojrzeniem. Zanim jednak cokolwiek zrobili Pan Fretka, poprosił ich o chwilę czasu.
– Chcę porozmawiać z przyjaciółmi i zapytać, czego im teraz potrzeba najbardziej – powiedział.
I jak zawsze chodził od domku do domku. Siadał przy każdym i mówił:
– Widzę, że cierpisz domku. Jest mi bardzo, bardzo przykro. To takie niesprawiedliwe, co Cię spotkało. To zupełnie normalne, że jesteś w szoku, że pytasz “dlaczego?”, że stoisz w bezruchu i, że to wszystko, na tylko Tobie znany sposób, bardzo Cię boli. Masz do tego wszystkiego prawo i wszystko, co się z Tobą dzieje, jest ok. Nie potrafię sobie wyobrazić, co czujesz, nie do końca to rozumiem, ale chcę, żebyś wiedział, że jestem przy Tobie. Będę tutaj, jeśli mnie potrzebujesz.
Powiedziawszy to, dalej robił to, co zawsze – słuchał, co przyjaciele mają mu do powiedzenia.
Jedni mówili o tym, co zaszło, inni płakali, z częścią siedział w ciszy. Niektóre domki przytulił, inne poklepał po futrynie, z kolei z następnymi po prostu był. Znalazły się też takie z którymi pożartował. Każdy z nich reagował na przeżyty stres w swój własny sposób.
Na końcu, zanim odszedł, dodawał jeszcze:
– Wierzę, że poradzisz sobie z tą sytuacją i przeżyjesz jeszcze mnóstwo pięknych dni. Wiem, że w tym momencie pewnie tego nie czujesz i ciężko Ci w to uwierzyć. Pamiętaj jednak, że ja wierzę za Ciebie.
Wszystkie domki po tej rozmowie starały się na chwilę zatrzymać i skupić najpierw na sobie. Brały głęboki wdech i wydech, obserwując go jednocześnie, ale nie próbując w nim nic zmieniać. Starały się poczuć zapach i temperaturę powietrza, jaki jest rytm ich oddechu i jak ich deski, raz po raz, rozszerzają się i kurczą. Oddychały i patrzyły w głąb siebie… Sprawdzały, jakie emocje chowają się po kątach, a jakie tańczą w salonie, szukały nastroju w głównych holach i piwnicach. Nie oceniały niczego, co spotkały w swoim środku, niczego nie krytykowały… po prostu sprawdzały co w nich teraz gości. Od fundamentów, aż po strych, dach i dachówki, przez kuchnię, salon, schowek, łazienkę i sypialnie. Przyjmowały to wszystko, całą tę paletą emocji z wyrozumiałością i czułością dla siebie. I im bardziej wiedziały co w nich jest, tym jakby czuły się spokojniejsze. Po wszystkim co je spotkało, chciały zacząć właśnie od tego miejsca – od siebie… I dopiero później przyjąć pomoc od innych.
Taką też wiadomość przekazywał Pan Fretka tym, którzy przybyli z bliskich i odległych zakątków galaktyki – mówił które domki są już gotowe do pracy i sprzątania. Te witały i dziękowały przybyszom. I tam zaczęto malować, naprawiać, układać i robić wszystko co było możliwe, żeby sobie z tą sytuacją poradzić. Zostawiając przestrzeń i czas tym, które teraz wolały być w samotności.
W końcu wrócił Pan Fretka zmęczony do domu. Spojrzał na uporządkowany ogród, przeszedł ganek, otworzył drzwi, porządnie wyczyścił buty i skierował się w stronę fotelu, w którym usiadł wygodnie. Pani Fretka zaparzyła mu i przyniosła herbatę w imbryku, położyła delikatnie dłoń na ramieniu i uśmiechnęła się do niego z czułością mówiąc jakby “wiem, że dla Ciebie to też jest trudne. Jestem tutaj dla Ciebie”.
A on tylko pomyślał, jak bardzo nie doceniał spokojnych dni…
– Od teraz postaram się to robić częściej – obiecał sobie i, nie wiedząc nawet kiedy… zasnął.


