O raniących kamieniach

Przez galaktykę ciemną, daleką, w kosmosie leci chłopiec. Taki zwykły, jakiego spotykacie codziennie i może nawet go nie zauważacie. Taki, który kryje w sobie dużo piękna i wrażliwości. Leci, dryfuje i szuka dla siebie miejsca w tym ogromnym świecie, choć zupełnie nie ma pojęcia jak tam dotrzeć.

Jest trochę zagubiony, a trochę ciekawy tego co go spotka. A teraz siedzi na swoim spodku, szarym, w kształcie płaskiego rombu, z mnóstwem światełek i przełączników, i patrzy ufnie do przodu. Obserwuje błyszczące, pięknie mieniące się gwiazdy – te pojedyncze, i te w gwiazdozbiorach, orbity i księżyce, meteoryty i wszystko inne co tylko potraficie sobie wyobrazić. Sunie, płynie, nikomu nie wadząc. Siedzi po turecku spokojny, nucąc tylko w głowie przyjemną melodię.

W pewnym momencie zauważył, że coś się zmieniło. Dotarł do miejsca, gdzie pojawiły się małe, raniące, ostre kamyki spadające z prędkością światła. Zaczął odczuwać je w ciele. Zdał sobie sprawę, że wbijały się w taki sposób, że ciężko było je wyciągnąć, a jeśli już się to udało – rany goiły się bardzo, bardzo powoli.

W pewnym momencie zorientował się, że zbliżają się do planety Ziemia, a te raniące kamyki, które nagle pojawiły się w kosmosie, to słowa i myśli, które wypowiadają do siebie nawzajem, ale czasami sami do siebie, ludzie. Im więcej krzyczą, im bardziej siebie obwiniają, im częściej chcą komuś oddać za swoją przykrość – tym więcej raniących kamyków w kosmosie. A tym samym, tym trudniejsza podróż dla naszego przyjaciela na spodku.

Co teraz? Co mogę zrobić? – myślał coraz bardziej przerażony, wrażliwy chłopiec. Już tak bardzo cierpiał z powodu tych ostrych i raniących słów w kosmiczno-bajkowej postaci, że zaczął nerwowo szukać rozwiązania.

– Nie musi być idealne, nie musi być na zawsze, najważniejsze, żeby mnie ochroniło. Potrzebuję odpocząć, odetchnąć, na spokojnie wyjąć wszystko co we mnie utkwiło, zagoić rany. – myślał.

– Wiem! Wiem, co zrobię! Czasami od wiatru chronił mnie kaptur, a jakby stworzyć coś na jego kształt, co osłoni nie tylko moje uszy i głowę, ale mnie całego? Taka kosmiczna bariera! Od tego wszystko się odbije, nic się przez niego nie dostanie, nie zrani mnie już żadne słowo z Ziemi, żadna bolesna cisza, którą ludzie sobie fundują, żadna zemsta, ani niewypowiedziana pretensja. Będę od tego wszystkiego bezpiecznie odcięty.

A ponieważ nasz podróżnik jak to często w bajkach bywa – wystarczyło, że taki niezniszczalny kaptur sobie wyobraził – i puf – już się on pojawił, żeby go chronić.

I tak sobie dryfował dalej, pod tą bezpieczną kopułą, ciesząc się tą chwilą wytchnienia i spokoju, będąc odciętym od wszystkiego. Tak płynął, sunął przez kosmos czując się chronionym i bezpiecznym.

Nie spostrzegł jednak na początku, że jest odcięty też od innych rzeczy – od spadających komet i meteorytów, od przyjemnych i spokojnych podmuchów wiatru, które tak lubił, od widoków fascynujących, a wcześniej mu nieznanych, od tajemniczych planet i przestworzy. Dopiero później do niego dotarło to wszystko. Dopiero później zaczął sobie zdawać sprawę, że będąc tak szczelnie zakryty nie może swobodnie oddychać.

Tak, to prawda, że nie ma nowych ran, ale gdy dotykał starych, to wciąż bardzo bolały. Nie miały wystarczająco dużo świeżego powietrza, żeby miały szansę się zagoić, a to ono leczyło.

Dryfował dalej, nie zastanawiając się jednak na tym zbytnio.

Kolejne dni mijały, a on robił się coraz bardziej smutny, coraz bardziej przygaszony i coraz częściej wydawało mu się jakby sam był z kamienia.

Tak, czuł się bezpieczny to fakt, ale przestał również czuć wiele innych rzeczy takich jak radość, spokój, czy ekscytacja. Było to już dla niego tak odległe, tak wyblakłe i niewyraźne uczucia, że nawet nie mógł sobie przypomnieć co je wywoływało. Zaczął się bać, że jeszcze trochę i zupełnie nie będzie mógł tego przywołać i zostanie po tym tylko jakaś taka niewypowiedziana pustka.

– Co teraz? – zaczął się zastanawiać nasz przyjaciel – chociaż to rozwiązanie sprawdzało przez długi czas, czy jeszcze mi służy? Chyba czas coś zmienić.

Pierwsze co mu przyszło do głowy, to sprawdzić, czy raniące kamyki wciąż tam są i spadają w galaktyce. Były, choć nie tak dużo jak wcześniej, bo odlecieli już kawałek.

– Skoro są kamyki, które ranią, to może gdzieś spadają takie, które koją, napełniają wiarą i nadzieją? – rozważał.

I zaczął szukać.

– Tylko jak je poznać? – pomyślał.

– Nie jestem pewny, ale może po prostu będę to w sobie czuł. W końcu jeśli czułem, że coś mnie raniło, to teraz będę czuł, że coś mnie wzmacnia.

I faktycznie znalazł je – miejsce, gdzie to co spadało dawało ukojenie, głaskało i rozumiało, współczuło i powodowało przyjemne ciepło w środku. Tylko, żeby korzystać z ich mocy musiał się na to odsłonić. Odrzucić barierę, która odcinała go od złych, ale i od dobrych rzeczy.

Długo mu zajęło, żeby się przełamać, jednak powoli zaczął otwierać niepewnie kaptur szerzej, z nadzieją, że spotka go coś dobrego. A im bardziej go zdejmował, tym lepiej zaczynał się czuć.

Teraz nauczył się, że zakłada ochronny kaptur tylko wtedy, gdy naprawdę potrzebuje, ale są też miejsca bezpieczne, piękne i przewiewne, bez których nie mógłby szczęśliwie żyć, a gdzie barierę trzeba zdjąć, żeby mógł je doświadczać.

Nauczył się też później czegoś jeszcze – że te słowa, kłujące, bolące, dające tyle cierpienia tak naprawdę da się też zamienić, zaczarować i sprawić, żeby nie wchodziły głęboko w ciało, ale odbijamy się zabawnie od niego.

Zrozumiał, że są one napędzane przez niezrozumienie, że są tak naprawdę bólem osoby, która doprowadziła do ich powstania. Są o jej trudach i, gdy patrzy się na nie z empatią – miękną i nie mają już mocy.

Wiedząc dzisiaj już to wszystko – dryfował dalej spokojnie, tak jak kiedyś w poszukiwaniu swojego miejsca. Bogatszy jednak o doświadczenia, których się nie spodziewał, a które tak dużo go nauczyły i które mógł przekazywać dalej w galaktyce, żeby wszyscy wiedzieli co robić, gdy trafią w to samo miejsce z raniącymi kamykami.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
LinkedIn
Email
Telegram
WhatsApp
Print

Sprawdź inne bajki: