W magicznym ogrodzie, na samym jego skraju, daleko za dębami, łąkami i wzgórzami, było jedno szczególne miejsce. Miejsce, gdzie żył najzwyczajniejszy niedźwiedź. Niedźwiedź, mieszkający w ogrodzie? Czyż to nie miejsce dla motyli, mrówek i biedronek? Tak, jak najbardziej! A jednak znalazł tam w wykopanej jamie, swoją przestrzeń, oazę, swój dom, stary już dzisiaj niedźwiedź. Choć to prawda – nie zawsze on tutaj był. Jeszcze jako mały Misio Zdzisio, mieszkał w pobliskim lesie na terenie, który nie należał do ogrodnika.
Był to zwykły las, podobny do tych, które możemy spotkać w naszych Bieszczadach. W jego zakamarkach, daleko od szlaków, uczęszczanych gór, schronisk i chatek, mieszkała kiedyś szczególna grupa niedźwiedzi. Dlaczego szczególna? Bo zwierzęta te zazwyczaj żyją samotnie, a te wybrały dla siebie życie w grupie. Razem.
Misio Zdzisio bawił się tam z braćmi i kuzynami, z rodzicami i innymi spokrewnionymi sąsiadami. Ponieważ jednak była w nim cząstka samotnika, to najbardziej lubił bawić się w pojedynkę w pobliskim strumieniu. Lubił turlać się mokry w ziemi na brzegu strumienia i czuć jak jego brunatna sierść oblepia się błotem, a później sprawiało mu przyjemność spłukiwanie tej skorupy w wodzie. Lubił to uczucie zimnej wody na łapach i pysku, gdy próbował łapać jakąś rybę. Cieszyło go także rzucanie jak najdalej kamieniem w strumień oraz wiele innych zabaw, które sobie w tym miejscu wymyślał. Czuł tam wyjątkowy spokój. Czuł, że jest blisko natury.
Po harcach kierował się spokojnie w stronę domu stawiając raz za razem, zmęczone ciężkie, niedźwiedzie łapy. Witał się tam z mamą, która przygotowywała mu jego ulubione jedzenie. Tam z tatą, wujkami i kuzynami uczył się polować w lesie. W tym też miejscu, wieczorem, wtulał się w ciało swojej ukochanej babci i słuchając jak dziadek opowiadał mu kolejną piękną legendę, i tak zasypiał. Był tu szczęśliwy. Wiedział jak dużo jest dobrego w tym jego małym niedździedzim życiu i zawsze to doceniał.
I tak płynęły mu spokojnie dni…
Któregoś dnia stało się coś niezwykłego. Do strumienia, gdzie zawsze się bawił, przyszedł nieznany osobnik. Stał on pewnie na dwóch tylnych kończynach. Był jakby gładki, bez sierści i miał kolor liści na drzewach. Tylko pysk i łapy miał jasne. Jego nos nie był czarny, ani nie wyglądał na mokry jak u Misia Zdzisia. Oczy natomiast miały kolor strumienia.
Zdzisio wyglądał zaciekawiony zza krzaka, za którym się schował, gdy ten dziwny osobnik przykucnął na krańcu strumienia, zanurzył w niej swe łapy i uniósł wodę, żeby opłukać szyję i pysk. Liście na krzaku trochę zasłaniały Zdzisiowi widok, więc wychylił się jeszcze odrobinę, żeby wszystko zobaczyć dokładnie. Wtedy poślizgnął się na kamieniu i przeturlał kawałek dalej, zdradzając swoją obecność. Ten dziwny osobnik odwrócił w jego stronę głowę, uśmiechnął się i powiedział:
– Dzień dobry, Misiu. Nie zauważyłem Cię.
Zdzisio nic nie odpowiedział. Nawet nie ruszył się z miejsca. Chociaż był bardzo ciekawy i chciał zacząć rozmowę, to jednak silniejsze w nim było to, że nie wiedział, jak ma się zachować. Nie zrobił więc nic. Usiadł tylko i w milczeniu się przyglądał.
– Nie bój się. Chodź! Mam dla Ciebie coś smacznego.
I dziwny osobnik otworzył torbę, a z niej wyciągnął rybę zawiniętą w gazetę. Odpakował przysmak i wyciągnął w stronę Misia. Ponieważ jednak Zdzisio się nie poruszył, to położył rybę przed sobą na ziemi i powiedział:
– Zostawię ją tutaj dla Ciebie, a sam już pójdę. Wrócę jednak tutaj jutro. Mam nadzieję, że znów się spotkamy.
I dziwny osobnik poszedł.
Wtedy Misio Zdzisio zbliżył się do ryby, pacnął ją łapą, powąchał i powstrzymywał się jeszcze przez chwilę przed jej spróbowaniem, bo wszak mama mówiła, żeby nie jeść nic od nieznajomych. W końcu jednak nie wytrzymał i ją ugryzł. A ona była taka pyszna! Lepsza nawet niż te, które jadł w domu.
Wieczorem, gdy wrócił do swojej gromady, nie opowiedział o swojej przygodzie nikomu. Przecież zrobił właśnie coś, przed czym zawsze go przestrzegano. Miał ogromną ochotę się tym wszystkim podzielić, jednak wstyd przed złamaniem zakazu był większy niż chęć opowiedzenia o się tym, co go spotkało. Zostawił więc całe wydarzenie tylko dla siebie. Wszak może mieć chyba jakieś swoje niedźwiedzie tajemnice.
Kolejnego dnia, gdy był nad strumieniem, znów przyszedł ten dziwny osobnik i zostawił dla niego rybę. To wszystko powtarzało się przez wiele kolejnych dni i w końcu Misio Zdzisio tak przyzwyczaił się do niego, że już nie tylko jadł podarowany smakołyk, ale też dawał się głaskać i bawił się wspólnie z osobnikiem.
Z mijającym czasem zniknął dystans i przyzwyczaił się do swojego znajomego znad strumienia, choć wiedział, że było to wbrew temu, czego uczyli go w domu. Czuł się jednak dobrze przy tym osobniku i coraz bardziej mu ufał. Opowiadał mu o rodzinie, ulubionych zabawach, o tym czego się boi i o czym marzy. Powiedział mu wszystko i z chęcią słuchał też opowieści osobnika.
W końcu zupełnie bezwiednie, podzielił się też tym, jak wygląda jego dom. Opowiadał jaka piękna prowadzi do niego ścieżka, opisał tamtejsze drzewa i ich liście, rozmarzony mówił, gdzie dokładnie polują niedźwiedzie oraz w których miejscach łowią ryby. Przedstawił wszystko w szczegółach prosto z samego serca, pożegnał się i wrócił, jak zawsze bezpiecznie do domu.
Jak każdego dnia zjadł kolację z mamą, spędził trochę czasu na nauce polowania z tatą, braćmi i kuzynami, a przed snem wtulił się w ukochaną babcię i wysłuchał legendy dziadka.
– Jak cudownie mieć tak blisko całą rodzinę i jeszcze przyjaciela znad strumienia. Może jednak jutro opowiem wszystkim, że go spotkałem?- pomyślał i zasnął spokojnie.
Rano jak zawsze, poszedł tam, gdzie za każdym razem spotykał osobnika. Jednak dzisiaj po raz pierwszy od długiego czasu, nie było go nad rzeką.
– Hmmmm, może coś mu wypadło. Mam nadzieję, że nie zachorował i wszystko u niego OK. – tego dnia jak za dawnych czasów pobawił się sam w strumieniu. Nie sprawiało mu to jednak tak dużo frajdy, jak kiedyś.
– Jutro na pewno wszystko się wyjaśni – pomyślał jeszcze Misio Zdzisio zanim poszedł do domu.
Gdy jednak dotarł na miejsce, nie było tam nikogo. Tylko ziemia była poorana łapami i widać było ślady pazurów na korze pobliskich drzew. Połamane były też gałęzie na pobliskim krzaku. Zupełnie jakby ktoś się tutaj bronił przed tym, żeby go nie zabrano. Przestraszony tym widokiem, biegał dookoła, krzyczał i wołał najbliższych, lecz nic poza jego własnym echem i śpiewem ptaków mu nie odpowiedziało. Wrócił na swoje legowisko, zasłonił oczy łapą i płakał.
– Jutro opowiem wszystko przyjacielowi znad strumienia. Może będzie miał jakiś pomysł co mogę zrobić – pomyślał i zasnął wycieńczony
Kolejne dni mijały, a przyjaciela wciąż nie było nad strumieniem. Nie wracała też rodzina. Cały czas miał nadzieję, że wszystko się wyjaśni, że pozna powód dlaczego wszyscy zniknęli w tym samym czasie i wszystko wróci do tego jak było kiedyś.
Im więcej jednak dni mijało, tym większy czuł ból, większy gniew, większe niedowierzanie, większą bezsilność i taki wielki, ogromny żal. A wszystkie te uczucia odzywały się w nim na zmianę. Zrozumiał bowiem, że został zdradzony przez osobnika znad strumienia, który przyczynił się do tego, że zniknęła jego rodzina. A wszystko dlatego, że Misio Zdzisio mu zaufał i opowiedział jak wygląda siedlisko i jaka droga do niego prowadzi.
Ciężar, który czuł w sercu był ponad jego siły. Rozpaczał tak bardzo, że nie mógł jeść ani spać. Leżał tylko i obracał w swojej niedźwiedziej głowie wszystkie obrazy, całą historię od początku do końca.
Po co chodziłem bawić się sam nad strumieniem zamiast zostać ze wszystkimi tutaj, jak pozostali? Po co zjadłem ten smakołyk, skoro zawsze mi powtarzano, żeby tego nie robić? A co jakbym powiedział rodzinie o moim przyjacielu? Ach, żebym tylko nie był tak ciekawski i nigdy nie zdradził, że byłem za tym krzakiem! Po co mówiłem nieznajomemu, jak wygląda nasze siedlisko?! Jak mogłem nie zauważyć, że nie można mu ufać?! Jak mogłem dać się tak oszukać i wykorzystać?! – wyrzucał sobie w kółko Misio Zdzisio.
Chudł i opadał z sił, myśląc o tym coraz bardziej, i w końcu nie miał już siły nawet wstać. Marzył o tym, żeby zostać tam, gdzie leży. Po prostu zamknąć w tym miejscu oczy, i nie czuć już nic. Z takimi myślami zasnął i wtedy w tym śnie przyszła do niego ukochana babcia. Pogłaskała go po głowie, przytuliła jak dawniej i ze łzami w oczach prosiła, żeby udał się do magicznego ogrodnika. Błagała, żeby nie zostawał w miejscu, gdzie spotkało niedźwiedzie tyle nieszczęścia. Mówiła, że wszyscy popełniają błędy i wiele niedźwiadków zaufało kiedyś komuś, kto później ich zdradził i wykorzystał ich niewinność. Podkreślała, że trzeba wyciągnąć z tego lekcję, ale nie można dać się temu zniszczyć. Po czym znowu błagała go, żeby poszedł i poprosił magicznego ogrodnika o pomoc. Wszak był ich przyjacielem od dawna. Na koniec dodała, że wszyscy mu wybaczyli i powtórzyła „wstań i idź”. I odeszła, a on się obudził.
Sen był tak realny, że niemal poczuł ciepło babci przy boku. Zaszlochał głośno, bo choć słowa były miękkie, ciepłe i pocieszające, to nie mógł się z nich otrząsnąć. „Wszyscy Ci wybaczyli” huczało mu w głowie. On cały czas myślał „ale czy ja sam sobie wybaczyłem?”.
Podniósł jednak z trudem najpierw jedną, a później kolejne łapy. Trzęsąc się na nich i co jakiś czas upadając poszedł do magicznego ogrodnika. Gdy dotarł do drzwi jego domu, zapukał i upadł, wykończony głodem, żalem i wyrzutami sumienia.
Ogrodnik zdziwił się ogromnie, gdy go zobaczył. Zawołał magiczne króliki i wszyscy razem przenieśli niedźwiedzia do środka domu. Ogrodnik wyczyścił go całego, wyczesał jego sierść, podawał jedzenie i tylko delikatnie pytał, co się stało.
Niedźwiedź Zdzisław (jak od tego momentu myślał o sobie Misio Zdzisio), nie chciał nic mówić. Zamknął się w sobie jak skała. Ogrodnik natomiast nie naciskał. Zrozumiał, że musiało stać się coś strasznego. Otoczył zatem przyjaciela miłością, czułością i opieką. Co jakiś czas tylko powtarzał, że jest tu bezpieczny, że jest wśród przyjaciół.
Gdy niedźwiedź doszedł już trochę do siebie, wspólnie z ogrodnikiem zbudowali dla niego jamę na skraju ogrodu pod starym orzechem. Tam niedźwiedź Zdzisław prowadził przez długi czas samotne życie. Czasami co bardziej odważny mieszkaniec ogrodu chciał poznać nowego przybysza i zachodził tam, żeby się przywitać przyjaźnie i radośnie. Niedźwiedź Zdzisław wystawiał wtedy tylko swoje groźne kły, otwierał paszczę i ryczał jak najgłośniej, żeby odstraszyć niechcianego gościa. Wszyscy zatem nauczyli się, żeby tam nie przychodzić i odwiedzał go już tylko sam ogrodnik.
Z czasem niedźwiedź Zdzisław czuł się bardzo samotny, jednak w tej samotności odnajdywał też bezpieczeństwo. Odsunął od siebie wszystkich poza ogrodnikiem (któremu wszyscy wierzyli od pokoleń). Wierzył, że dzięki temu nikt nie mógł go zranić, wykorzystać, ani oszukać. Obiecał sobie, że już nigdy nikomu nie zaufa.
Tak mijały miesiące, aż we śnie znowu pojawiła się jego ukochana babcia. Z tą samą czułą i zatroskaną miną powiedziała mu, że tak dłużej nie może żyć. Prosiła, płakała i błagała, żeby opowiedział o swoim bólu ogrodnikowi. Mówiła, że tylko to może mu pomóc i tłumaczyła, że inaczej do końca już swojego życia pozostanie nieszczęśliwy, a wyrzuty sumienia nigdy go nie opuszczą.
Choć nie od razu, to jednak z czasem Niedźwiedź Zdzisław zaczął otwierać się przed magicznym ogrodnikiem. Kawałek po kawałku opowiedział całą swoją historię. Nie jednego dnia. Opowiedzenie całości trwało długie miesiące. Ogrodnik w tym czasie uważnie go słuchał, gdy było trzeba, przytulał, czasami coś tłumaczył, a przy jeszcze innej okazji zadawał pytania. A gdy już wszystko zostało powiedziane i wysłuchane, ból jakby się zaczął zmniejszać.
Powoli Niedźwiedź Zdzisław zaczął wychodzić ze swojej jamy. Choć mieszkańcy na początku mieli do niego dużo dystansu. Pamiętali ryk i jego groźne kły. Jednak powoli też zaczynali się z nim oswajać, aż w końcu się zaprzyjaźnili.
Niedźwiedź wciąż czasami odczuwał żal i tęsknotę za innymi niedźwiedziami, jednak w końcu sobie wybaczył i postanowił ufać innym na nowo, choć nie tak szybko jak kiedyś.
I tak, niedźwiedź Zdzisław stał się stałym mieszkańcem ogrodu i przyjacielem wszystkich tam żyjących stworzeń. Przyszedł moment, że poczuł się w magicznym ogrodzie jak w domu, a im więcej czasu mu tam mijało, tym był tam bardziej szczęśliwy.
W końcu Niedźwiedź Zdzisław wrócił do przedstawiania się jako Misio Zdzisio. Zaczął to robić dokładnie wtedy, gdy znowu w środku swojego serca poczuł ten przyjemny spokój, który czuł kiedyś, bawiąc się samotnie nad strumieniem.


